dorośli dzieci młodzież

Dokąd wędrują kamyki – o tym, co budzi z uśpienia

Udostępnij:

Przyzwyczajenia są sprawą wartą wzięcia pod lupę. Niekiedy wynikają z konieczności, z przymusu dostosowania się. Nikt nie walczy z mroźnymi temperaturami nadchodzącymi w grudniu. Ubieramy kurtkę i szalik. Nie dyskutujemy z koniecznością powrotu do szkoły wraz z nadejściem września. Pakujemy plecaki i kupujemy zeszyty. Nie zdarzyło mi się poznać osoby, która zapala światło, wychodząc z domu, a gasi je, gdy do niego wchodzi. Nie walczymy z przyzwyczajeniami spójnymi z logiką i rozsądkiem. Czasem jednak wytwarzamy rutyny grożące niebezpiecznym wprowadzeniem w stagnację i obojętność. Unikamy rozmów, które mogą być trudne bądź bolesne. Po raz kolejny oglądamy ten sam film, bojąc się rozczarowania nowościami. Wybieramy to, co znajome, zamiast tego, co ciekawe. Pozostajemy w miejscu, które znamy, nawet jeśli już nam nie służy. Zanika w nas potrzeba zmiany, odwaga i zainteresowanie obcością. Poruszamy się powoli, ostrożnie. Niczym bohaterowie książki „Dokąd wędrują kamyki” Joanny Concejo i Gillesa Bauma.

No dobrze, to dokąd wędrują kamyki? Na samo dno. Wrzucone do wody, nie usiłują nawet odbić się od jej powierzchni. Ich plusk zawsze brzmi tak samo. Nie zaskakują. Nie mają dokąd wędrować, ponieważ znajdują się w krainie pokrytej wodą bez ani krzty fal i ruchu. „Nie ma tu jezior, rzek, ani potoków. Woda nie płynie – zalega w rozwartych jamach, uśpiona w mule, uwięziona w błocie” – czytamy. Płynie w niej natomiast życie. Bardzo powoli. Mieszkają tu ludzie. Przyzwyczajeni do stanu, jakim jest znudzenie. Dzieci nie mają ani cienia szansy, aby dać upust swojej ciekawości i pokładom energii. Chęć wypuszczania papierowych łódek znika po podjęciu pierwszych prób. Zabawki tkwią w bezruchu, po czym opadają na dno. Nauczycielka odsłania ławki swoich uczniów z lilii wodnych i trzciny, piekarz w towarzystwie mułu próbuje wykonać swoją pracę, podobnie jak inni mieszkańcy. Zrezygnowani, przygotowują się do swoich codziennych obowiązków. Niezmiennych, powiązanych z uparcie uśpionym światem. Czas płynie w milczeniu. Woda stoi w milczeniu. Tak mija dzień za dniem.

Bohaterowie pozycji „Dokąd wędrują kamyki” wyglądają na pogodzonych ze swoim losem. Ich zmęczone wyrazy twarzy, niewzruszone przepięknymi, lecz bezwzględnymi widokami, nie pozostawiają złudzeń. Mieszkańcy wodnej krainy nie poszukują zmiany. Nie mają siły, by zebrać w sobie pokłady energii na zachwyt, radość, entuzjazm. Nie walczą. Nie szukają światła. Natomiast nagle światło przychodzi do nich. Objawia im się w postaci nieogolonego, wręcz dzikiego, nieznanego nikomu człowieka. Nikt nie spodziewa się, że to właśnie ta z pozoru odstręczająca osoba niesie zmianę. Najpierw puszcza kaczki na wodzie. A kamyki nie wędrują na dno. Czy ten tajemniczy człowiek tchnął w nie życie? Jak to możliwe? Skąd ta barwna przemiana tak obojętnej wody?

Kamień, tak chętnie podskakujący na tafli, staje się impulsem. Budzi ciekawość mieszkańców, zachęca dzieci do zabawy. Niespodziewanie świat oparty na powtarzalności, milczeniu i zrezygnowaniu obiera kierunek wyobraźni, sztuki, eksperymentowania i zachwytu. Co więcej, pojedynczy impuls, wizyta nieznajomego, nie jest końcowym celem. On rozprzestrzenia zmianę. Obcy, niezaproszony człowiek nie odmienia wioski. Nie wyciąga mieszkańców ze stawu. Nie rozwiązuje ich problemów. Pokazuje swoje spojrzenie. A potem to już oni wykonują kolejne kroki. W czasach narastającego pędu, który nam towarzyszy, paradoksalnie popadamy w stagnację i bierność. Nasze serca twardnieją, a my tkwimy w swoich bańkach, zapewniających komfort i poczucie bezpieczeństwa, ale również odbierających odwagę, świeżość i sprawczość. Odejście od swoich szkodliwych przyzwyczajeń nie jest łatwe. Zmiany nigdy nie przychodzą z lekkością. Czasem potrzebujemy siły, która przypomni nam, że można chcieć czegoś więcej. Że można być głodnym zaskoczeń, miłości, bliskości, nowości. A potem sami musimy wykonać pierwszy ruch.

Dokąd wędrują kamyki? Dokąd może doprowadzić mały gest, pomysł, spotkanie, impuls? Jedna zmiana, odmienna perspektywa, może obudzić ciekawość, która poruszy całym światem. Joanna Concejo od lat robi coś niezwykle podobnego. Zmienia sposób, w jaki patrzymy. Jej obrazy nie pozwalają prześlizgnąć się wzrokiem po rzeczywistości. Zatrzymują nas, każą przyjrzeć się jeszcze raz, dostrzec coś, czego wcześniej nie zauważyliśmy. Jak wyglądałoby moje postrzeganie świata, gdyby nie jej książki? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ponieważ wychowałam się na opowieściach Joanny Concejo. Jej książki towarzyszą mi od zawsze. Zachwycając swoją warstwą wizualną, zasiały w moim sercu ziarnka wrażliwości, spostrzegawczości i uważności, które kiełkowały i rozrastały się wraz z biegiem czasu. Trudno mi wyobrazić sobie artystkę równie czułą, precyzyjną i spostrzegawczą. Artystkę tak wspaniale operującą ołówkiem, kredkami, a w przypadku książki „Dokąd wędrują kamyki” również innymi środkami przekazu wizualnego. W swojej najnowszej pozycji Wydawnictwa Format, w towarzystwie tekstu Gillesa Bauma, Joanna Concejo zabiera nas do pociągu, do lasu, nad wodę. Podrzuca obrazy, jakich nie zastąpi absolutnie żadne zestawienie słów.

Wybór rzeczy w kategorii ulubione nigdy nie jest łatwym zadaniem, lecz z ulubioną autorką i ilustratorką nigdy nie miałam kłopotu. Odkąd potrafię sięgnąć pamięcią, pani Joanna była dla mnie niepodważalnym autorytetem. Jako kilkuletnia dziewczynka tworzyłam rysunki inspirowane jej pracami, przeglądałam jej książki nieskończoną ilość razy, ostrożnie odkładając je na starannie wybraną półkę z pozycjami najpiękniejszymi w mojej kolekcji. Dlatego gdy dowiedziałam się, że jej październikowa premiera zostanie objęta moim patronatem, ekspresowo wykonałam telefon do rodziców, a w moim oku zakręciła się niejedna łza. Jeśli po tym świecie stąpa osoba, w której ręce nigdy nie trafiły pozycje Joanny Concejo, powiedziałabym jej dwa zdania. Pierwsze – zazdroszczę. Ponieważ zetknięcie się z tego rodzaju dziełami sztuki jest bez dwóch zdań przełomowe i zapadające w pamięć. Drugie – proszę to jak najszybciej nadrobić. Premiera książki „Dokąd wędrują kamyki” w tłumaczeniu Doroty Hartwich jest do tego znakomitą okazją. To pozycja, która pochłania, zdumiewa oraz zatrzymuje. Każda rozkładówka wymaga zarezerwowania sporej ilości czasu, gwarantując przy tym niebywałą rozkosz dla oczu i duszy. Dodatkowo oferuje świeże spojrzenie na sprawy, które mogą umykać nam w pędzie codzienności.

Dokąd wędrują kamyki? Czasami wędrują od jednego człowieka do drugiego. Od jednej wyobraźni do kolejnej. A ich ruch może trwać znacznie dłużej niż sam moment, w którym zostały rzucone.

Tytuł – Dokąd wędrują kamyki
Ilustracje – Joanna Concejo
Tekst – Gilles Baum
Przekład – Dorota Hartwich
Wydawnictwo Format, Wrocław 2026